Nadszedł czas na zmianę scenerii! Kolejne dwa dni spędzimy w prowincji Pinar del Rio, słynącej z ciągnących się po horyzont plantacji trzciny cukrowej, tytoniu i kawy. To tutaj, w niewielkim miasteczku Viñales spędzimy kolejne chwile smakując wybornych cygar, doskonałego rumu, eksplorując zieloną dolinę i napawając się jeszcze bardziej niespiesznym małomiasteczkowym tempem życia.

 

IMG_4022

fot. Bea

Droga z Havany do Viñales zajmuje około 3 godzin, ale my – uzbrojeni w nasz foto sprzęt i czujne oko – wyhaczamy co rusz nowe kadry, zatrzymując się co jakiś czas, by uwiecznić te sielskie sceny. Im bliżej Viñales, krajobraz zmienia się ze złoto-zielonych pól po charakterystyczny dla tego rejonu teren, gdzie dominują niezwykłe wapienne góry o spłaszczonych wierzchołkach –  zwane mogotami. U stóp mogotów rozciągają się żyzne pola, na których rośnie najlepszy tytoń na świecie, tak mówią – sprawdzimy to!

Jacek Bonecki (3)

fot. Jacek Bonecki

W Viñales meldujemy się w naszych casas particulares, witamy się z super otwartymi, ciepłymi właścicielami, którzy swoim powitaniem sprawiają, że czujemy się jak byśmy wpadli z weekendową wizytą do rodziny. Takie też jest całe Viñales. Niewielkie, niespieszne, beztroskie. Tutaj znają się wszyscy.

Ruszamy więc na foto poszukiwania. Spacerujemy, eksplorujemy, witamy się z sąsiadami. Viñales to miasteczko tysiąca kolorów i niesamowicie sielankowej atmosfery. Jedyni turyści jakich tu spotykamy to backpackersi – wspinacze, którzy przyjechali tu, żeby powdrapywać się na okoliczne skały. Wieczorem pytamy właścicielki naszej casy, czy jest szansa na wypożyczenie w okolicy rowerów. Ada z uśmiechem sięga po telefon i po 10 minutach sąsiad przywozi rowery dla nas wszystkich – wysłużone, stare, poczciwe, cudowne składaki. Suniemy na nich po okolicy, ścigamy się z czasem, żeby zdążyć uchwycić najlepsze fotograficzne smaki o złotej godzinie. Zachód słońca spędzamy nad jeziorem.

IMG_4416

fot. Bea

Kolejny dzień to odkrywanie smaków, zapachów, widoków. Ruszamy konnymi bryczkami przez szutrowe drogi, mijając skromne domostwa, zaglądając na podwórka lokalesów. Docieramy do domu właściciela tytoniowej plantacji, zatrzymujemy się tu na rześkie mojito i poznajemy tajniki skręcania ekologicznych cygar.

Andrzej Zankiewicz

fot. Andrzej Zankiewicz

Wskakujemy w bryczki i jedziemy w stronę plantacji kawy. Tutaj czeka nas krótka lekcja sadzenia, zbierania, palenia i mielenia ziaren. Opiekun plantacji pośród filiżanek kawy stawia nam na stole butelkę lokalnego rumu. Kuba pełną gębą! Resztę dnia spędzamy na niespiesznym odkrywaniu wszystkich zakamarków okolicy.

Jacek Bonecki (2)

fot. Jacek Bonecki

Zwieńczeniem dnia jest wielka, przepyszna uczta przygotowana przez właścicieli naszej casy. Wcinamy rybki, langusty, ropa vieja – charakterystycznie dla Kubańczyków przyrządzoną wieprzowinę i zapijamy hektolitrami świeżych soków z mango, gujawy i ananasa. Prosto, smacznie, kubańsko. Dzielimy się wrażeniami, opowieściami, zdjęciami i spostrzeżeniami.

Po przygodach w Viñales ruszamy zażyć nieco kubańskiego kolonializmu. W naszym fotomisyjnym planie jest jeszcze Trinidad – najbardziej typowe i najlepiej zachowane kolonialne miasto Kuby. Tutaj dominują brukowane uliczki, kolorowe place i pałace baronów cukrowych. Podobnie jak w Viñales napotykamy tu na istną ferie barw. Włóczymy się od świtu między ciasno stłoczonymi parterowymi domkami z fasadami o milionach kolorów, podglądamy miejscowych, zaglądamy na tutejsze targi i fotografujemy budzące się miasto.

Andrzej Zankiewicz (2)

fot. Andrzej Zankiewicz

Popołudnia spędzamy na lokalnej, spokojnej plaży Ancon, oddalonej od miasta o zaledwie 15 km. Doświadczamy relaksu w czystej postaci, objadamy się krewetkami, zapijamy tutejszym refresco, polujemy na nadmorskie zachody słońca i jak zwykle – szukamy światła, które jest najlepszym zdjęciowym kreatorem. Wieczory spędzamy na miejskich placach, pijemy słynną Canchancharę – mieszankę miodu, cytryny i wódki trzcinowej aguardiente.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

fot. Rafał Janek

Nocą obserwujemy lokalesów i turystów, którzy tłumnie ściągają na słynne trinidadzkie schody zwane Casa de la Musica. Tutaj kumuluje się nocna energia miasta, zewsząd słychać kubańską muzykę, a schody wypełniają tańczące salsę pary. Turystów jest tu znacznie więcej, zdają się jednak tworzyć spójną, zgodną całość z mieszkańcami miasteczka.

W Trinidadzie można doświadczyć po trochę wszystkiego co prawdziwie kubańskie. Można tu poczuć na własnej skórze ideę „mañana”, zakumplować się z tutejszymi, dobrze zjeść, jeszcze smaczniej wypić, polenić się na plaży, a wieczorem zachłysnąć się muzycznie i tanecznie. Przede wszystkim jednak złapać ekstra kadry. I tak właśnie sobie żyliśmy przez tych kilka foto dni!

Photo Leszek Nowak

fot. Leszek Nowak

Ciężko było wracać, chyba każdy z nas chciał wtedy włączyć czasowstrzymywacz. A że się nie dało, zrobiliśmy Manekin Challenge, żeby po swojemu włączyć sobie STOP!