Kiedy poprosiliśmy Ilonę – przemiłą uczestniczkę naszej Australijskiej wyprawy tenisowej – czy nie chciała by w wolnej chwili napisać kilku zdań relacji z wyjazdu, nawet przez moment nie przypuszczaliśmy, że powstanie z tego, długi niczym chilijska telenowela, pochwalny pamflet. I choć w polskiej naturze nie leży zbytnie chwalenie się, to wydaje nam się, że zorganizowaliśmy na prawdę świetny wyjazd. Przeczytajcie z resztą sami…

Organizator mojej pierwszej w życiu wyprawy na „koniec świata” poprosił mnie o napisanie relacji z wyjazdu do Australii. Zgodziłam się bez namysłu.  Okazało się, że przygotowanie tekstu wcale nie było takie proste. Długo się zastanawiałam, co mam opisać – tyle się wydarzyło i dosłownie wszystko było fantastyczne. Inspiracją okazał się być Marek Niedźwiecki, od lat zakochany w Australii (chociaż nie wiem, czy gra w tenisa), który opublikował swoją „Australijska listę przebojów – TOP 10”. Postanowiłam wykorzystać jego pomysł i przygotować własną, czyli „10 powodów, dla których warto wybrać się do Australii z Relaksmisją”.

 

  1. Post na Facebooku – czyli warto wyróżnić się w sieci

REKLAMA. Pewnie jak wiele osób – od lat marzyłam o wyprawie do Australii. Pocztówki 3D ze zdjęciami z bajek Disneya, futrzane maskotki koali i cytrusy w paczkach od rodziny z Melbourne to wspomnienia z dzieciństwa, które skutecznie podtrzymywały to pragnienie. Ale zawsze było sto powodów, aby odkładać taki wyjazd na później. W czasie ostatnich świąt przeglądałam wraz z mężem strony FB. Wpadł nam w oczy intrygujący post, który nas przekierował na stronę www z następującą treścią: Relaksmisja, chillout na końcu świata, wakacje w raju … . Czyż można było się oprzeć? A co więcej – gra w tenisa i udział w AO. Postawiłam nieśmiałe pytanie mężowi – Może w końcu zrealizuję swoje marzenie?

 

  1. Relaks z tenisem

Profesjonalnie przygotowana wyprawa okazała się realizacją celów nie tylko podróżniczych, ale również tych związanych z pasją sportową. Australian Open to fantastyczny turniej, który trzeba zobaczyć na żywo. Atmosfera turnieju, organizacja całego miasteczka tenisowego podzielona na strefy tematyczne i możliwość oglądania swoich idoli z bliska – nie zastąpi żadna emisja telewizyjna. Roger Federer, Kei Nishikori, Svetlana Kuznetsova, Dominika Cibulkova, Stan Wawrinka, Gael Monfis, oraz Agnieszka Radwańska i Łukasz Kubot – to gwiazdy, które między innymi udało nam się żywo dopingować podczas meczów. Nie wiem, tylko czy słowo „żywo” jest odpowiednie. Okrzyki naszego kolegi zachęcające i energetyzujące przede wszystkim graczy, a następnie nas i innych widzów do aktywnego wsparcia – wzbudzały zainteresowanie dosłownie wszystkich na stadionie, w tym kamer telewizyjnych. A jednolite czerwone stroje przygotowane dla nas przez Skota – skutecznie wyróżniały nas z tłumu. No, cóż Polacy zawsze muszą być w centrum uwagi.

Australian Open

Dla spragnionych jeszcze większej dawki tenisa – codziennie rano super-trener Konrad z Krakowa prowadził lekcje tenisa. Możliwość zagrania na kortach w bardzo malowniczym parku Fawkner w Melbourne, tuż pod szczytami Wielkich Gór Wododziałowych w wiosce Threbdo, czy Manly Lawn Tennis Club w Sydney nie każdemu się zdarza. I nie trzeba było zabierać w podróż rakiet. Były dostępne na miejscu, a pożyczone przez Wilsona. Dla mnie nie było to szczęśliwe rozwiązanie – brak własnej, ukochanej rakiety spowodował, że wiele piłek z tego powodu nie udało mi się stosownie odbić. Ale wiecie, jakie jest przysłowie ………. . Ważne, że chęci i humor dopisywały.

 

 

  1. Marvellous Melbourne

Aby dotrzeć na AO trzeba zjawić się w Melbourne. To niezwykłe miasto łączące starą architekturę z nowoczesnością było długo nazywane Marvellous Melbourne (Wspaniałe Melbourne). Nie wiem czy wiecie, że właśnie Melbourne posiada największą liczbę budowli epoki wiktoriańskiej na świecie.  Zatem momentami przypomina Londyn – architekturą, stylem życia i angielską pogodą. Tak – było słońce i był deszcz!

Tutaj część z nas się nieco podzieliła – na zagorzałych kibiców turnieju oraz tych, którzy połączyli doping swoich idoli ze zwiedzeniem. Pełna swoboda ze strony organizatora. Robisz to, na co masz ochotęJ. Ja na początek wjechałam na platformę widokową, umieszczona na 88. piętrze wieżowca Eureka, oferującą spektakularny widok na miasto i okolice, aby mieć pogląd na to, co na pewno chcę zwiedzić. Z góry dokładnie przyjrzałam się Melbourne Park, gdzie mieszczą się areny tenisowe zapełnione do pełna podczas turnieju tenisowego Wielkiego Szlema i docenić ogrom przedsięwzięcia, jakim jest właśnie AO. Zaraz obok znajduje się stadion MGM (Melbourne Cricket Ground). Tu rozgrywane są mecze krykieta. Inną formą zwiedzania była wycieczka specjalnym tramwajem dookoła centrum miasta. Ostatniego dnia pobytu w tym cudownym mieście wybrałam się na długi spacer zaczynając od piramidy, czyli Shrine of Remembrance. Ta świątynia-pomnik powstała, żeby upamiętnić ofiary I wojny światowej. Miejsce pozwala nie tylko na chwilę zadumy, a daje przepiękny widok na miasto. Dalej szłam wzdłuż rzeki Yarra podziwiając budzący się do życia Królewski Ogród Botaniczny.

A jeśli ktoś z nas zgłodniał i nie bardzo mu odpowiadał catering na AO – w centrum miasta miał do wyboru wszystkie kuchnie świata – z podobnież najlepsza pizzą na świecie (czy to prawda?). Mówi się, że taką serwują na Grójeckiej w Warszawie J.

 

  1. Great Ocean Road, czyli relaksujący road trip

Będąc w Australii trzeba zaliczyć wycieczkę na Great Ocean Road. Otrzymaliśmy do dyspozycji busa, kierowcę z australijskim akcentem i niemieckim pochodzeniem, i ruszyliśmy w drogę. GOR zaczyna się w miasteczku surferów Torquay i ciągnie się przez 243 km. To jedna z najcudowniejszych tras widokowych w Australii, ale nieco podobna w charakterze do wybrzeży Portugali, Hiszpanii czy Włoch. Było jakoś tak pusto, pięknie i cicho. Tak – widać i czuć, że ludzi w tym kraju jest mało. Chce się tutaj zostać na zawsze. Pełen relaks.

W pewnym momencie zatrzymaliśmy się na krótki spacer po „Jurassic Park”. To las deszczowy w Great Otway National Park. Ogromne, niesamowicie zielone paprocie i drzewa sprawiają, że czuliśmy się nieco nieswojo. Wiało grozą. Ale opowieści przewodnika o niezwykłych właściwościach okolicznych drzew (jak kobieta wejdzie do wielkiej dziury w drzewie, to potem już wychodzą … dwie istoty) oraz o latających żabach i pająkach wprowadziły nas w doskonały nastrój. Potem pojechaliśmy szukać koali i niektórym z nas się to udało. A koledze z Katowic to nawet zrobić filmik, jak rozbudzony koala schodzi z drzewa i ucieka przed tłumem gapiów. Nie znam osoby, która by nie lubiła tych sympatycznych zwierzątek.

Ale trzeba było jeszcze zobaczyć 12 apostołów, czyli wapienne kolumny skalne wystające z oceanu. Co prawda nie ma już 12 sztuk, jest ich obecnie tylko 8, bo siły natury powodują gwałtowne zmiany i erozję. A ktoś podobnież powiedział, że koniec świata nastąpi wraz z upadkiem do wody ostatniej skały. Poczekamy, zobaczymy.

 

  1. Lodowaty ocean

Odważni skorzystali z zachęty Skota i polecieli na podziwianie skał z lotu ptaka. Ekscytująca przygoda! Dla leniwych – godzina odpoczynku na plaży, a dla spragnionych ochłody – kąpiel w ocenie. Zastanawiam się, dlaczego tylko koledzy skorzystali z tej drugiej możliwości. Też chciałam, ale solidarność płci mi nie pozwoliła OK, razem z Darią zamoczyłyśmy nogi. Też było fajnie!

 

  1. Kozi, czyli Kościuszko

Czy już weszłaś na Kozi? – tym pytaniem zaskoczyła mnie właścicielka sklepu z super odzieżą sportową w centrum Thredbo – australijskim Zakopanem. Odpowiedziałam nieco zdziwionym głosem: Nie, weszłam na górę Kościuszki!; O! – to tak się wymawia nazwę tej góry? To musisz być z Polski?! Potwierdziłam. I tak zaczęła się sympatyczna rozmowa na temat Polaków w Australii. A nazwisko naszego wielkiego bohatera narodowego jest przez Australijczyków skracane, bo jego angielska wersja w tym kraju nie była przez lata poprawnie pisana. Ale to, że wiedzą, że było to Polak i że był jeszcze jeden, który zdobywał pobliskie góry – Strzelecki (również niezwykle trudne do wymówienia dla nich) – bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Górę Kościuszki zdobyliśmy sprawnie i szybko. Tylko nieco zmarzliśmy – bo niedowierzaliśmy naszej miłej właścicielce hotelu, że może być wietrzenie i zimno. Tym razem było dużo ludzi i dużo fanów górskich zjazdów rowerowych. Najlepiej można było podziwiać ich wyczyny jadać kolejką linową. Widoki i kwiatki, takie jak u nas Polsce. Nawet małe ‘Morskie Oko” się pojawiło. Jedna tylko znacząca różnica – wspinać należy się tylko i wyłącznie po rozłożonej metalowej kracie. Trochę dziwnie – ale dzięki temu jest porządek i natura pozostawiona w spokoju. Cześć naszej grupy zdecydowała się na marsz z samego dołu! Brawo Oni! Każdy miał swój relaks, jaki wybierał.

 

  1. Melbourne, czy Sydney? Odwieczna rywalizacja.

Stolicą Australii jest Canberra. Sydney i Melbourne chciały zostać stolicą cudnej Australii, ale niestety nie mogły dojść do porozumienia. Aby zakończyć spór podjęto decyzję, że stolicą zostanie leżąca pośrodku nich Canberra. Do miasta wjechaliśmy około południa. Było cicho, gorąco i jak zwykle mało ludzi. Znienacka wyrósł przed nami parlament, a wokół niego grupy rdzennych mieszkańców tego kraju. Mamy okazję posłuchać ich postulatów i żądań wobec obecnie rządzących. Dlaczego? Bo tego dnia Australijczycy obchodzili swoje państwowe święto tzw. Australia Day, czyli Dzień Australii. Otrzymaliśmy dawkę lokalnych realiów. Do refleksji.

 

  1. Kangury

Lecisz do Melbourne z myślą: „Ale super już niedługo zobaczę kangury!”. Niestety – lądujesz w Australii i okazuje się, że kangura to Ty możesz spotkać, ale w zoo! Pokonując setki kilometrów również nie udało się ich zobaczyć – chyba, że te na charakterystycznych znakach drogowych. Wyjeżdżając z Threbdo zjechaliśmy nawet specjalnie do lasu w ich poszukiwaniu. Niestety, jedyny „skoczek”, którego zobaczyliśmy wszyscy – to był …..Skot, który wbiegł do lasu, aby przywołać dla nas kangura. Tak, na organizatora mogliśmy liczyć w każdej sytuacjiJ. Podobnież jedna z koleżanek widziała zwierzaka, którego ścigał Skot, a ja mam na zdjęciu w telefonie jakiś niewyraźny kształt wystający zza krzaka, ale nie dam się pokroić za to, że jest to kangur. To jest kolejny dobry powód, aby wrócić do Australii.

P.S. Tylko dla mięsożernych: w Sydney mieliśmy okazję posmakować mięso kangura i nie tylko … . Było smakowicie. Ale więcej o jedzeniu nieco poniżej.

 

  1. Plaże i surferzy w Sydney

Lecisz do Australii i marzysz o pięknych plażach, surferach w kolorowych gatkach i pięknych dziewczynach na plaży. Tak – to wszystko można ujrzeć na plażach np. w Sydney. W tym mieście jest ponoć 100 plaż. My skorzystaliśmy z uroków trzech. Manly Beach – tam mieliśmy swoje wygodne apartamenty z widokiem na plażę (!!), Bondi Beach – tam poznaliśmy różne możliwości relaksu, nie tylko plażowanie, Shelly Beach – tam spędziliśmy nasz ostatni wieczór grillując na ogólnodostępnych piecach. Miejskie, zadbane i przepięknie położone plaże to jedne z uroków Sydney. Nie można ich zignorować.

Oczywiście widzieliśmy słynna Operę. W dzień i w nocy. Ci, co mieli więcej szczęścia i byli wieczorem w centrum, co więcej na promie płynącym tuż obok w dniu przypadającym na Chiński Nowy Rok – mogli rozkoszować się widokiem spektakularnych sztucznych ogni i krwistoczerwonym dachem Opery. Dech zapierało w piersiach. Takiego widoku nie ma na pocztówkach.

 

  1. Kulinaria

Oczywiście głównym powodem wyjazdu na antypody był tenis. Chyba nikt z nas się nie zastanawiał, co będzie jeść. Niektórzy bardzo uważnie dbali o dietę i o zjedzone przed treningiem śniadanie. Inni korzystali z lokalnych barów, restauracji, czy ulicznego cateringu. W każdym miejscu, które odwiedziliśmy było co zjeść i wypić. Kawę serwują doskonałą nawet w australijskich górach. O innych drinkach nie wspomnę. Natomiast, jeśli chodzi o śniadania i ryby to najsmakowitsze są w restauracjach przy plaży Manly – między innymi w Hemingway’s Cafe. To miejsce warto odwiedzić, nie tylko ze względu na potrawy. Stare meble, zdjęcia, książki i barwni klienci tworzą niezwykle australijską atmosferę i klimat „no worries”.

Dziękuję za fantastyczną wyprawę. Już myślę o kolejnej! I wiem gdzie szukać inspiracji.

Ilona